„Beksińscy. Portret podwójny” – Magdalena Grzebałkowska

To jest książka której się bałam, a która niewątpliwie poczyniona została z wielkim rozmachem. Nawet nie wiem od czego zacząć, zacznę więc od wydania ?? Książka występuje w twardej oprawie co jest oczywiste, biorąc pod uwagę jej gabaryty. Zdziwiłabym się wręcz gdyby było inaczej.

Tomiszcze swoje waży i swoje mierzy, dumnie prezentuje się na regale. Wewnątrz znajdziemy dwa bloki z kredowym papierem i fotografiami obrazów Zdzisława Beksińskiego, na pozostałych kartach, wplecione w tekst znajdują się fotografie rodzinne (i inne) Beksińskich. Ogólnie książka pod względem wizualnym robi bardzo pozytywne wrażenie. I ta jakże wymowna okładka!

I tak przebrnęliśmy przez dane techniczne ?? Jeśli natomiast chodzi o treść, to książka prezentuje się jeszcze lepiej. Dlaczego?

Rozpoczynając lekturę spodziewałam się biografii. Wiecie, takiej w typie: urodził się wtedy i wtedy, tworzył to i to, była taki a taki, w życiu osiągnął to i to…. i tak dalej. Ale biorąc do ręki tą książkę czytelnik otrzymuje o wiele, wiele więcej… Ta książka jest faktycznie portretem, ale namalowanym nie tylko przez autorkę a przez wiele osób. Autorka „tylko” zebrała to wszystko i połączyła w jedną, bardzo dobrze skomponowaną całość. Dlaczego piszę „tylko”? Bo tak naprawdę, Magdalena Grzebałkowska wykonała kawał dobrej roboty. Jestem pod wrażeniem ogromu pracy jaki autorka włożyła w przygotowanie tej książki – bibliografia jest potężna (co możecie zobaczyć na poniższej fotografii). Setki spotkań, telefonów, szukania i czytania znalezionej korespondencji, odsłuchiwania nagrań, oglądania filmów-reportaży Beksińskiego, dotarła nawet do rodzinnych fotografii, prywatnych listów i pamiątek. Trzyma się chronologicznego porządku, zaczynając od dzieciństwa Zdzisława, ale rozpoczyna biografię mocnym początkiem – książkę otwiera list Zdzisława, w którym informuje on o samobójczej śmierci swojego syna…

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o twórczości Beksińskiego i zobaczyłam ją na własne oczy, byłam delikatnie mówiąc przerażona ich mrokiem. Wydały mi się co najmniej dziwne, a mówiąc szczerze – chore. Po książkę więc sięgnęłam z ciekawością ale raczej przekonana, że i tak nie zrozumiem motywów jakimi kierował się autor takich okropności. Czytałam więc z rezerwą, w pewnym momencie jednak, ta podróż po świecie i meandrach psychiki a także losach Beksińskich zaczęła mnie fascynować.

Myślę, że każdy kto zabiera się za tą książkę ma pewne pojęcie o życiu i śmierci obu panów. To były dość znane postaci – ojciec jako artysta malarz (w dużym skrócie i uproszczeniu), syn jako radiowiec i tłumacz. Równie głośne było ich odejście z tego świata – ojciec został zamordowany, syn popełnił samobójstwo… To nie spojler – same te fakty są najmniej ciekawą, a raczej oczywistą, częścią książki. Najbardziej fascynujące okazuje się ich życie – życie trzyosobowej rodziny Beksińskich, gdyż ojciec miał żonę, a syn matkę – Zofię.

Zofia Beksińska to postać bardzo ważna i bardzo ciekawa i – tak jak mówi sama autorka – ta książka miała być portretem potrójnym, ale z racji wycofanej postawy Zofii (żyła jakby w cieniu Zdzisława a później także Tomasza, była tłem, dopełnieniem obu panów) niestety ten trzeci obraz byłby niepełny, bo autorce nie udało się jej dotrzeć do materiałów, które wystarczyłyby na ten trzeci portret, dlatego też zrezygnowała z tej koncepcji skupiając się na ojcu i synu i ich wzajemnej, trudnej relacji.

Zdzisław Beksiński. To co o nim wie przeciętny zjadacz chleba to to, że był artystą, a konkretnie malarzem. To czego dowiadujemy się z książki Magdaleny Grzebałkowskiej to fakt, że Beksiński był niezwykle oczytany, błyskotliwy, obdarzony umiejętnością pisania wspaniałych listów oraz licznymi talentami artystycznymi (malarstwo, rzeźba, fotografia, grafik komputerowa i wiele innych); a przy tym wszystkim nietuzinkowym – choć ja powiedziałabym dziwnym – charakterem. Podobno był bardzo nieśmiały, kompletnie nie asertywny, naiwny ale jednocześnie znający swoją wartość i ponad wszystko ceniący niezależność i spokój.

Wszystkie potrawy na świcie można podzielić na potrawy zdrowe oraz potrawy smaczne. Określenia te wzajemnie się wykluczają: potrawy zdrowe nie są smaczne, zaś potrawy smaczne nie są zdrowe. Jako przypadki szczególne potraktować należy potrawy zarazem niesmaczne i niezdrowe, natomiast potrawy zarazem smaczne zdrowe w ogóle nie występują w przyrodzie. Powyższe stawia pod znakiem zapytania teorię ewolucji i stanowi pośredni dowód na istnienie Boga.

Wszyscy są dla mnie bardzo mili i ja też jestem jak mydełko Fa, ale mówiąc prawdę, to na starość zaczynam nie znosić gości.

W sumie malowanie obrazów zaczyna mnie wkurwiać. Praca tylko wtedy może sprawiać przyjemność, gdy jest niepotrzebna, ale malowanie na terminy, wystawy, sprzedawanie, liczenie forsy – obrzydliwość (…). Chcę być Wolny, a praca zabija wolność.

Tomasz Beksiński. Znany głównie jako radiowiec o ciekawym i zupełnie innym spojrzeniu na audycje. Zawsze perfekcyjnie przygotowany. Osoba o skomplikowanej psychice oraz po kilku próbach samobójczych ostatecznie zakończonych „sukcesem”. Dodam tylko, że Tomasz kochał się w kinie – szczególnie horrorach i szczególnie zagranicznych. Był również tłumaczem (filmy również tłumaczył i nie wiem czy nie jako pierwszy…), choć anglistyki nie ukończył. Dlaczego był według mnie dziwny, a właściwie chory? Kwestia gustu, dość powiedzieć, że w dzieciństwie zachwycił się filmem „Kobieta-Wąż” (1966 r.) i ta postać stała się jego wzorem kobiety idealnej (dostaję palpitacji jak patrzę na sam plakat tego filmu…) O kobietach zresztą najlepszego zdania nie miał i nie udało mu się stworzyć jednego stabilnego związku. Długo by zresztą pisać, najlepiej i najdokładniej zrobiła to Magdalena Grzebałkowska cytując samego Tomasza:

Odkąd obejrzałem w dzieciństwie Kobietę węża, miałem wątpliwą przyjemność spotykać na swojej drodze wszelkiej maści femme fatale, żerujące na moich uczuciach i – przede wszystkim – portfelu. Mój znajomy twierdzi wprawdzie, że zwracam uwagę wyłącznie na tak zwany „typ kurewski”, nie zgadzam się jednak, że uroda świadczy o charakterze. Humanoidy rodzaju żeńskiego uważają po prostu, że ich płeć daje im prawo deptania mężczyzn okazujących im uczucia.

Prześliczne dziewczyny w metrze i na ulicach mają jakieś gwoździe sterczące z nosa, powiek i uszu. Ohyda! Nawet monstrum Frankensteina miało więcej uroku. Co to ma być? Jakaś kultywacja szpetoty czy programowa dekadencja z braku pożyteczniejszego zajęcia? Aż strach pomyśleć, co te panny mają powbijane w tyłek.

Jakim dokładnie rodzajem jest książka „Beksińscy. Portret podwójny”? Trudno mi ją jednoznacznie scharakteryzować, ale jest niezwykła. Wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom „dokument”, „biografia” czy „reportaż”. Myślę, że ta książka jest tym wszystkim po trochu. Autorka ma dar przesiewania z zebranych i poznanych setek historii tych najbardziej interesujących, wartościowych, od tych mniej ważnych (Robert Migdał z „Gazety Wrocławskiej”). Grzebałkowska przyjęła ciekawy sposób narracji, zawierający wiele zgrabnie wplecionych fragmentów rozmów ze znajomymi Beksińskich a także cytatów z ich zapisków i listów. Uważam ją za jedną z lepszych biografii jakie kiedykolwiek czytałam. Jest niezwykle dopracowana. To na prawdę kompletny obraz rodziny Beksińskich – tak kompletny, że chyba sami bohaterowie nie opisaliby swojego życia lepiej. Zyskujemy dodatkowo wiarygodny i dokładny obraz PRLu (np. opis prób pozyskania mieszkania materiałów do tworzenia, płyt bądź mieszkania w stolicy) – taki gratis ?? Książka ma bardzo wysoką ocenę na LC co zupełnie mnie nie dziwi.

Nie jest to lektura łatwa, ale z całą pewnością napisana po mistrzowsku. Polecam wszystkim zainteresowanym malarstwem ale też tym, których ciekawi historia życia dwóch wybitnych choć nieco „wypaczonych” twórców.