Chcieć to móc! „Przesunąć horyzont” Martyna Wojciechowska

W opisie książki znalazłam taką lakoniczną wzmiankę: Album o tematyce himalaistycznej. Dokumentacja Martyny Wojciechowskiej z wyprawy na Mount Everest. Ta książka to jednak o wiele więcej…

Ludzie mają tendencję do szybkiej oceny kogoś przez pryzmat tego wierzchołka góry lodowej który widzą a właściwie przez pryzmat tego, czego mu zwyczajnie zazdroszczą. Patrzą na taką panią z telewizji i wydaje im się, że „ona to może sobie na to pozwolić bo dużo zarabia, bo ma taką pracę, że może sobie podróżować i ma sponsorów którzy to finansują…” Tymczasem sprawa wygląda tak, że sami jesteśmy kowalami swojego losu, a to co obserwujemy i czego tak zazdrościmy innym osobom to tylko efekt – często bardzo ciężkiej – pracy. Tak jest z wieloma osobami, które odniosły sukces: Ewą Chodakowską, Lewandowskimi, Katarzyną Bondą i wieloma innymi osobami. Myślę, że nawet abstrahując od tego jak do tego wszystkiego doszli wciąż muszą się zmagać z tym, co nam nawet do głowy nie przychodzi: popularność bywa bardzo stresująca i uważam, że każdy powinien zdać sobie sprawę z tego, że będąc w skórze osoby której tak zazdrości, wcale nie musi mu być tak rewelacyjnie jak przypuszcza…

Nie ma sensu powtarzanie: „Gdybym miał tyle kasy też wszedłbym na szczyt”. Góry na prawdę są dla wszystkich i każdy może szukać pieniędzy i organizować wyprawy (…) Wygodniej jest jednak siedzieć na kanapie lub chodzić na spotkania klubowe i do końca życia opowiadać, że nie udało się zrobić kariery wysokogórskiej, bo nie miało się pieniędzy. Nie zawsze byłam „panią z telewizji”, co teraz – przyznaję – trochę ułatwia życie, ale nie sprawia, że dostaję pieniądze w prezencie.

Ale do rzeczy

Jestem w posiadaniu kilku książek Martyny Wojciechowskiej: „Auto maniaczka”, „Kobieta na krańcu świata” (jedyna moja i to w dodatku podarowana mi na prezent, reszta to nabytki mojego męża), „Adventure” oraz „Przesunąć horyzont”. Książki te leżą sobie na regale i kurzą się od dobrych kilkunastu miesięcy i jakoś nie kusiło mnie do zabrania się do ich lektury – nie wiem czemu… „Kobietę na krańcu świata” przeczytałam oczywiście zaraz po jej otrzymaniu, ale było to już daaawno, natomiast za „Przesunąć horyzont” więzłam się dopiero po tym, jak usłyszałam wypowiedz samej Martyny na temat tej książki, w kontekście jej nowego wydania. Przedstawiła ją jako swój debiut pisarski, ale całkiem niedawno poprawiony i wydany ponownie z racji tego, że zajmuje w jej życiu ważne miejsce. Dlaczego? Ano dlatego, że w niedługo po okropnym wypadku, ze złamanym kręgosłupem i równie złamanej psychice, po stracie przyjaciela, w pewnym momencie postanowiła zawalczyć o siebie i zdobyć, nic innego jak Górę Gór – Mount Everest.

Wielkość człowieka polega na tym, że mówi mniej niż wie, a o rzeczach skomplikowanych mówi prostym językiem.

W książce znajdziemy opis wypadku, tygodni i miesięcy po nim oraz przygotowania do wyprawy i samą wyprawę. Książka powstawała głównie podczas wyprawy i może dlatego jest tak emocjonalna i dokładna. Czytając właściwie możemy poczuć emocje towarzyszące autorce – i o to chodzi! Dodatkowo opatrzona jest rewelacyjnymi wprost fotografiami. Specjalnie wstrzymałam się z jej recenzją do momentu, w którym będę mogła ją dokładnie obfotofrafować, bo szczerze mówiąc, barbarzyństwem byłoby nie pokazanie tego wydania. Zresztą, wszystkie książki Martyny są wspaniale wydane – na porządnym papierze, opatrzone mnóstwem świetnej jakości zdjęć.

Trudno to wytłumaczyć, ale kiedy człowiek tak długo o czymś myśli, tak bardzo czegoś pragnie i jest w zasadzie o krok od realizacji tego marzenia, okazuje się, że zwyczajnie boi się przegranej. Chciałby zrzucić decyzję na pogodę, na nagłą chorobę, na słabość partnera – o tak, to ostatnie brzmi najlepiej. A prawda jest taka, że kiedy właśnie jestem na ostatniej prostej, tuż przed ostatecznym sprawdzianem, to gorączkowo szukam powodu, żeby jednak nie ruszyć do góry. Żebym mogła powiedzieć: „No wiecie, chciałam, próbowałam, ale nie dało rady. Tak mi przykro”. I wrócić do domu, opowiadając legendy o mojej heroicznej próbie zdobycia szczytu.

„Przesunąć Horyzont” to jedna z lektur, po których może nie tyle kupujemy ekwipunek i ruszamy na podbój Góry Gór, ale widzimy w tej „pani z telewizji” zwykłego człowieka, który zmaga się z niezwykłymi przeciwnościami losu, przed którymi my nie musimy stawać. Czy wybierając się w góry – zwykłe góry – musimy myśleć o pozyskiwaniu sponsorów? O wydźwięk medialny przedsięwzięcia? A w tym wszystkim o borykaniu się z własnym zdrowiem, własnymi słabościami i zmartwieniami..? Autorka nie skarży się, jak to ona ma źle – ona konsekwentnie prze do przodu. I osiąga sukces. Zmotywowała mnie do podejmowania działań, do pozbycia się strachu i uprzedzeń – do przesunięcia horyzontu.

Kiedy jest tak bardzo, bardzo źle, to musisz przesunąć sobie horyzont. Nie możesz myśleć tylko o tym, że następnego dnia trzeba wstać i ćwiczyć, żeby dojść do jakiejś tam formy. Musisz spojrzeć na tyle daleko, żeby odzyskane sprawności było tylko nic nieznaczącym etapem, bo prawdziwy cel leży znacznie dalej. A w zasadzie wyżej..

Myślałam, że ta książka mnie kompletnie nie zainteresuje. Łażę po górach, nie powiem – jestem co roku, ale wszystko co wymaga wspomagania się łańcuchami i obcowania z przepaściami, kompletnie mnie przerasta i nie fascynuje w najmniejszym stopniu, a przecież książka jest o zdobywaniu Góry Gór! Z Icefallem, lodospadami, potężnymi wysokościami, zagrożeniem lawinowym i zdobywaniem szczytu w – bagatela – tygodnie a nawet miesiące! Pozytywie się jednak zaskoczyłam. Martyna Wojciechowska nie robi z siebie „super hero”, jest bardzo ludzka. Nie zarzuca informacjami technicznymi, pisze prosto, przejrzyście, porusza i wciąga, dzieli się przemyśleniami i spostrzeżeniami. Zawsze ją lubiłam i podziwiałam za to co robi, natomiast po przeczytaniu tej książki nabrałam dodatkowego szacunku do jej osoby. Na pewno to nie koniec mojej przygody z twórczością Martyny Wojciechowskiej! I te fotografie… Cudo!