„Igrzyska śmierci” – Susanne Collin

Okładka trylogii miażdży, zatem wstawiam ją zamiast oryginalnej, pierwotnej części pierwszej, choć tamta też jest ok. Dla porównania będzie tutaj pełno okładek ;). Wiem, wiem, bystrzak ze mnie – kiedy już cały Internet huczy od recenzji i praktycznie zekranizowali cała trylogię, oto ja zabrałam się za czytanie i będę recenzować. Ano będę. Musiałam na własnej skórze sprawdzić czy to pianie z zachwytu to prawda.

Najpierw jednak musicie wiedzieć, dlaczego tyle zwlekałam. Otóż kiedy zdobyłam tą książkę w wersji elektronicznej, postanowiłam ją „sprawdzić” ale niestety, to chyba były czasy p.l.c. (przed LubimyCzytać.pl) więc buszowałam beztrosko w necie. Tym oto sposobem „wybuszowałam” film. No i go obejrzałam. Na serio, ot tak, włączyłam i obejrzałam. Trochę go nie zrozumiałam, muszę przyznać. Istoty z Kapitolu były dziwaczne, a podział na kasty społeczne jakiś taki nierzeczywisty. Niemniej jednak aktorzy dobrani znakomicie, scenerie również. I jak to się mówi „co się zobaczyło, to się nieodzobaczy”, toteż postanowiłam odczekać tak długo, aż wreszcie zapomnę na dobre o co chodziło. I tak, bodajże 5 lat (sic!) od premiery książki zasiadłam do lektury. Z jednej strony trochę mi wstyd, no bo jednak to „hicior”, wszyscy znają etc., jednak z drugiej cieszę się, bo mam już wszystkie 3 części, a za ekranizacje zabiorę się kolejno kiedy wyjdzie ostatnia (czyli jakoś zaraz) i też będę miała komplet ;).

Nic nie poradzę, książkę pochłonęłam w dwa dni. Akcja jest bardzo wartka, nie ma opcji, żeby przerzucać strony by przejść do ciekawszych fragmentów (nie żebym to robiła, ale czasem mam ochotę), postaci jest kilka dokładniej opisanych i to w zupełności wystarczy. Narracja jest pierwszoosobowa i mimo, że za takową nie przepadam, jest mistrzowska. Narrator w postaci Katniss, jest na tyle bystry, że świetnie odgaduje uczucia innych i potrafi je w kilku słowach bardzo trafnie oddać. Nie dopadnie Cię myśl typu „o rety, co za laska, nic się nie domyśla… ciekawe co ten gość czuje”. W książce po porostu dzieje się tyle, że czytelnik sam nie rozmyśla za długo nad jednym tematem. Wspaniale zostały wyważone wątki – jest wątek miłosny, jest pewna gra/intryga, jest napięcie, jest zagrożenie życia, jest tęsknota i jest zazdrość/rozterka, ale ponad wszystko jest wciąż grożące niebezpieczeństwo – uciskający system. System, który wymierzony jest w ludzi bezwzględnie mu podporządkowanych.

Nie chcę i nie mogę opowiedzieć fabuły jeśli jakimś cudem jeszcze nie widzieliście bądź nie czytaliście tej historii, ale strasznie trudno omówić książkę nie zdradzając o czym ona jest :). Mogę mówić jedynie o moich odczuciach a zatem: przeraża, wzrusza, wciąga bez reszty. Ogromny plus za zakończenie – idealnie wyważone! (niniejszym mianuję wyraz „wyważone” słowem tego postu;)). Z jednej strony mamy akcję doprowadzoną do końca, z drugiej, kilka wątków daje nadzieję na kontynuację – no, już teraz nie tyle nadzieję, co pewność, bo przecież trylogia jest skończona. Chodzi mi o to, że niektóre książki kończą się wkurzająco. Wiecie o co chodzi? O takie urwanie akcji. Tutaj główny wątek został zamknięty, ale został rozpoczęty – a właściwie tknięty – nowy, który rozbudza ciekawość ale nie urywa się w najciekawszym momencie. Ja rozumiem intencje autora, żeby rozbudzić ciekawość ale co innego zainteresować, a co innego urwać akcję w połowie. Tutaj tego nie ma i chwała za to autorce!

Susanne Collins wstąpiła do grona moich ulubionych autorek. Poza tym, treść jest tak ciekawa, że obojętnie od zakończenia sięgnę po kolejne części. Wysoka ocena tej książki nie dziwi mnie wcale. Zachwyt blogerów/ek i vlogerów/ek jest całkowicie uzasadniony.



Dodaj artykuł za darmo