Jak wyprowadzić mnie z równowagi, czyli hejterski tekst o „Sekrecie” Rhondy Byrne

Chyba zacznę od tego, że „Sekret” to najpiękniej wydana książka jaką miałam okazję trzymać w rękach. Teraz nastąpi jej opis, więc niecierpliwych i niezainteresowanych zapraszam do następnego akapitu ?? Otóż mamy tutaj do czynienia z twardą, skóropodobną oprawą, okrytą miękką obwolutą imitującą stary papier zapisany notatkami (przywodzi na myśl dzieła Leonarda da Vinci) i z pieczęcią.

Obwolutę macie na miniaturce, a całą resztę na zdjęciach poniżej :) Wnętrze książki to też czysta uczta dla estetyków – piękna czcionka, porządny, kredowy papier o wysokiej gramaturze, kolor stron to także imitacja starego papieru. Jest wyraźny podział na rozdziały, w każdym z nich inspirujące cytaty współczesnych „znawców” sekretu jak i innych znakomitości – Newton, Budda, da Vinci… Każdy rozdział zakończony jest podsumowaniem, a na samym końcu książki znajdziemy notki biograficzne opatrzone zdjęciami, wszystkich wypowiadających się o sekrecie osób. Można powiedzieć, że to wydanie jest wręcz ekskluzywne i nie będzie w tym grama przesady.

Sama treść „Sekretu” budzi wiele emocji i jest kontrowersyjna, a o tym jak bardzo, przekonałam się w… samolocie :) Otóż linie lotnicze LOT mają swoje pismo pokładowe – Kaleidoscope, którego redaktorką naczelną jest sama Martyna Wojciechowska. W listopadowym numerze tegoż czasopisma, na stronie 42, zamieszony został artykuł Niebo dla naiwnych. Pozwólcie, że wejdę w polemikę z jego autorem :)

Otóż autor artykułu, Mirosław Konkel, zarzuca książce, że jest napisana w „szamańskim nurcie”, że robi wodę z mózgu, że zwalnia nas z obowiązku pracy nad sobą a zachęca do marzeń i wizualizacji (w mocnym skrócie). Autor popiera swoje argumenty wynikami badań – jakże by inaczej – amerykańskich naukowców, jest krzewicielem kultu pracy, zresztą sam mówi:

Praca, praca i jeszcze raz praca – oto sekret prawdziwego sukcesu.

I to wszystko jest w porządku – w końcu każdy może mieć swoje zdanie. Argumentacja i przytoczone badania są całkiem wiarygodne, czemu nie. Co jednak sprawia, że od tego artykułu aż bije agresja, czy też „hejt”?

Zależność między wysoką samooceną a sukcesami jest faktem, lecz przebiega w przeciwnym kierunku, niż chcieliby mędrcy pokroju Rhondy Byrne.

Tym hejterskim elementem jest język jakim operuje Konkel. Po oczach smagają nas ironiczne, cyniczne teksty typu: „mędrcy pokroju…”, „kult cargo”, „naiwniacy, którym się wydaje, że wystarczy założyć rolex i garnitur szyty na miarę, by w pół roku zrobić karierę” i temu podobne. Po co ta agresja? To jest główne pytanie jakie mnie frapuje od momentu przeczytania tego tekstu. Przecież nienawistnego wydźwięku tego artykułu nie ma szans przeoczyć. Autorka „Sekretu” może i trochę przekoloryzowała, może i zaserwowała tą strategię w samych superlatywach, ale z każdej strony książki płynie bardzo pozytywny przekaz. Zachęca do pracy nad sobą, do wprawiania się w dobry nastrój, do nie przejmowania porażkami (w sposób destruktywny dla nas) a wyciągania z nich wniosków, do dobrego mniemania o samym sobie. Powiem więcej: Byrne najwyraźniej wychodzi z założenia, że czytelnik to człowiek rozumny – wie co robi, zna sam siebie i wie co najlepszego wybrać dla siebie z książki. Autor artykułu w Kleidoscope najwyraźniej nie. Wręcz przeciwnie, wychodzi z założenia, że każdy kto czyta tę książkę, jest bezkrytycznym naiwniakiem, który każde słowo spije z ust autorki bez słowa krytyki. Bez szczypty sceptycyzmu. Że każdą radę w niej zawartą, wypełni co do litery. Że będzie chodził z głową w chmurach, oszukiwał się, nic nie robił i czekał na mannę z nieba. NIE!

Książka Rhondy Byrne jest skierowana do homo sapiens. Przedstawia świat cudowny, może wyidealizowany, pełen możliwości ale ostatecznie nie robi tym nikomu krzywdy. Każdy może wziąć dla siebie tą cząstkę, która mu pasuje, a jest z czego wybierać.

Nie rzucę pracy na poczet leżenia na tapczanie i rozmyślania o tym jaką to wymarzoną posadę za chwilę, z cała pewnością będę mieć, gdyż przyciągnę ją myślami. I autorka nas do tego wcale nie nakłania. Tutaj chodzi – najogólniej mówiąc – o pozytywne nastawienie do świata, do ludzi, do miejsc. Za to właśnie kocham tą książkę. Czy jest trochę „nawiedzona”? Owszem, jest. Czy jest hurraoptymistyczna? Tak, jak najbardziej. Czy robi tym komuś krzywdę? Nie! Każdy ma swój rozum i jestem zdania, że powinien z niego korzystać :) A przesłanie bijące z książki jest bardzo optymistyczne i pozytywne, więc czego tu się czepiać? :)

A tak zupełnie życiowo, kilka technik zawartych w książce i filmie (no właśnie, nic nie powiedziałam o filmie, a takowy istnieje – KLIK) stosuję i muszę stwierdzić, że to działa. Może nie na taką skalę jak opisana w książce (no, miliona jeszcze nie zarobiłam ?? ) ale systematycznie poprawia się moja sytuacja zawodowa i finansowa. W związku układa mi się dobrze. Zdrowie mam nienaganne. Wszystkie naukowe założenia także udało mi się „odhaczyć” i to z dobrym skutkiem, przy – przyznaję – niewielkim wysiłku. A napewno mniejszym niż byłoby to, gdybym nie zastosowała trików i technik zawartych w książce.

Inne korzyści? Bardziej zwracam uwagę na zachowania ludzi i własne i ich skutki. Potrafię zatrzymać się i pomyśleć: „hej, czy dzieje się coś złego? Skąd ten kiepski nastrój? Jak mogę go zmienić?”. Potrafię zastanowić się nad tym, co w danym momencie i sytuacji mi służy, a co zaowocuje tylko pogorszeniem sytuacji. Nie to, żebym nie umiała tego wcześniej – po prostu nie zwracałam uwagi na pewne oczywiste rzeczy, a teraz już to robię.

Pragniecie przykładów? Zawsze marzyłam o psie rasy husky. Kocham te zwierzęta ale wiem, że w moim przypadku to marzenie ściętej głowy, bo przez tą miłość właśnie nie skarzę zwierzęcia stworzonego do biegania, na siedzenie w mieszkaniu przez 8 godzin mojej pracy. Ale owszem, myślałam o tym psie, o tym jaką ma wspaniałą sierść, o tym jak cieszy się na mój widok, o tym jak z nim biegam… Cieszyłam się jak dziecko! Cóż… Mój teść ma działkę niedaleko domu i chciał na niej jakiegoś zwierza. Możecie sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam JĄ:

Możecie powiedzieć, że zbieg okoliczności, ale ja tam swoje wiem ??

I tak, ja w to wierzę. Może nie fanatycznie, może nie co do słowa, ale wierzę. Wierzę w to, że dobro wraca. Wierzę w to, że nastawienie kształtuje nasze życie, nasze postrzeganie. Wierzę, że „wszystko siedzi w głowie” i że mamy na to wpływ. Wierzę, że przy odrobinie wysiłku możemy zmienić nasze życie na lepsze, że nie trzeba cudu. Wierzę, że pozytywne nastawienie może nam pomóc w osiągnięciu czegokolwiek co sobie zamierzymy. I kompletnie nie rozumiem co dało panu Konkelowi wylanie żółci na łamach Kaleidoscope.

Dlatego pace and love moi drodzy ?? Nie ma co kruszyć kopii, bo i po co? Tak samo, jak nie ma sensu pluć jadem psując sobie i innym humor (no, chyba że komuś się poprawia jak go psuje innym..). Na koniec, wrzucam kilka zdroworozsądkowych opinii z mojego ulubionego portalu (wiecie o czym mówię)



Dodaj artykuł za darmo