„Maminsynek” – N. Socha

Książkę przeczytałam błyskawicznie – uwinęłabym się w jeden dzień, ale że czasem dopada mnie życie i muszę utrzymywać kontakt z innymi ludźmi (np. z mężem) zajęło mi to dwa dni :) Bardzo ciekawe dialogi – szczególnie Amelii z Polą – choć równie ciekawe monologi czy też dialogi wewnętrzne samej Amelii powodują, że kolejne strony pochłania się w zastraszającym tempie. Istny ekspres. Mimo wysoce irytującego początku. Ale może po kolei.

Książkę zaczyna narracja bezosobowa, następuje opis Matki i Syna od momentu porodu (notabene przeprowadzonego samodzielnie przez matkę, to zresztą trochę wydumane, nie rodziłam, ale wydaje mi się, że to niemożliwe). Później opisane z grubsza zostaje dorastanie chłopca. Następnie głos zostaje oddany Leonardowi – tytułowemu maminsynkowi, co za tym idzie zmienia się również narracja na pierwszoosobową. Dlaczego określam ten początek jako wysoce irytujący? Bo diabli mnie biorą jak czytam o egoistycznych kobietach, które robią dosłownie pranie mózgu dziecku oraz o facetach, którzy bez krztyny buntu – nawet w dojrzałym wieku – dają sobie to pranie mózgu robić. Przyznam, że z góry uznałam Leonarda za przypadek beznadziejny i nawet nie wiedziałam do końca, kogo za to obwiniać – jego czy matkę, czy oboje. Choć ostatecznie, muszę się przychylić do słów Poli:

Nie zwalaj wszystkiego na jego Matkę. Gdyby to był dorosły facet, umiałby się jej przeciwstawić.

Następnie głos zostaje oddany Amelii, i tutaj zaczyna się robić zabawnie. Ale tylko z pozoru…

Niestety, mamy tu klasyczny przypadek ślepego poddaństwa, przestawionej listy priorytetów, trzydziestoparoletniego chłopca w krótkich spodenkach. Matce wolno wszystko. Bardzo mnie ta część książki zbulwersowała i wcale nie bawiła. To co wyhodowała sobie matka, to sługus, próżniak i kaleka życiowa, a nie syn. Na blogu Lustro Rzeczywistości przeczytałam, że to książka raczej dramatyczna niż zabawna i muszę się zgodzić. Wesołość jest tutaj pozorna, a temat bardzo poważny. Bo czy normalnym możemy nazwać nakazanie lekarzowi wymyślenia imiennej szczepionki dla swojego dziecka, takiej która uchroni go przed WSZYSTKIMI chorobami? Spanie razem z synem do 13 roku życia (!), aż do pierwszej polucji? Śpiewanie kołysanek nastolatkowi? Przesiadywanie na drzewie rosnącym przy szkole i obserwowanie czy nic złego nie dzieje się dziecku podczas lekcji? Przedyskutowanie z matką pierwszego razu i jej obecność po fakcie w namiocie „uciech”? I dorosły facet uznaje to za NORMALNE?! Nie polubiłam się z Leandrem… Uważam go za przypadek beznadziejny i szczerze szkoda mi było bardzo sympatycznej i żywiołowej Amelii… No, chociażby to:

Naprawdę nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Matka, chichocząc niczym nastolatka, trzymała w ręku latawiec w kształcie sówki, a Leander próbował łapać jego cień.
– Hop, hop, malutki – krzyczała rozbawiona – w prawo, nie, nie, teraz lewo – instruowała, a mój facet skakał z jednej nogi na drugą, co rusz przewracając się na piasek.

Otóż w tym momencie Leander ma ponad 30 lat i wyjechał na wakacje z dziewczyną.. i mamą oczywiście… Żałosne? To jeszcze nie szczyt żenady…

Stała tam. Stała przed moją szafą i przeglądała moje ubrania! Śmiała się przy tym niczym mała dziewczynka i… nie, to niemożliwe! Narzuciła na siebie moją sukienkę i owinęła się moją apaszką! Zatkało mnie. A Leander w ogóle nie reagował, tylko patrzył na nią z uśmiechem. Halo, to przecież moje ubrania! Nikt jej nie nauczył, że nie grzebie się w cudzych rzeczach? I co ona chciała tam znaleźć? Niedoprane majtki? Skórzany pejcz, którym planowałam zlinczować jej syna? Z oburzenia prawie zapomniałam oddychać. Nie miałam odwagi wejść do własnego pokoju. Stałam więc i podglądałam tych dwoje przez szparę. Nie wiem, czy to była tylko złość, czy też rodzaj zazdrości, ale coś wpełzło pod moją skórę i boleśnie podszczypywało. Poczułam garść kamieni w żołądku. Kurwa, ja naprawdę mam rywalkę!

Boże, jak dobrze, że moja teściowa to miła, normalna, sympatyczna kobieta. Co więcej – dusza człowiek, pełna taktu i nadzwyczaj wręcz sprawiedliwa. Taka kobieta, do której wszyscy lgnął i z którą każdy chce się zaprzyjaźnić. Trafiłam naprawdę bardzo dobrze i choć wiedziałam to od zawsze, ta książka mi to jeszcze bardziej uświadomiła. Inna sprawa, że mój mąż nie dałby się tak opętać…

Bardzo dużym plusem tej powieści jest poczucie humoru i żywiołowość głównej bohaterki – Amelii. Oczywiście jest beznadziejnie zakochana ale doskonale zdaje sobie z tego sprawę, rozpoznaje zagrożenie w postaci zaborczej matki i postanawia walczyć. I bardzo mi się podoba to, w jaki sposób podchodzi do walki – walki o swoje szczęście. Świetnie, że nie traci przy tym rezonu, a bardziej podchodzi do tego jak do dyscypliny sportowej czy do zawodów. Nie jest głupia, infantylna, wzdychająca, płacząca i beznadziejna.

Minęło już trochę miesięcy, więc zakładam, że pierwsze opętanie uleciało wraz z wiosennym zefirem, a ja nadal chcę być z Leandrem. Nawet jeśli nie jest lumberseksualny. Swoją drogą to dobry trend. Gdyby matki próbowały wychowywać swoich synów na drwali, być może po świecie nie chodziłoby tak wiele męskich oferm. Nie ściągano by im bucików w wieku ośmiu lat, nie noszono za nimi tornistrów, nie całowano w nóżki śmierduszki, tylko wysyłano do lasu, żeby upolowali bażanta na kolację. Taka współczesna Sparta. Po jakimś czasie zachwiana męska tożsamość znowu wróciłaby do normy, a faceci poczuli, że to, co im wisi między nogami, to jednak jaja.

Jednego nie rozumiem: czemu TAKA dziewczyna ugania się za tak beznadziejnym przypadkiem? Czy gra jest warta świeczki? Czy włożony wysiłek się w ogóle opłaca? Mimo, że zachowuje się czasami jak desperatka jednak jest w niej coś uroczego. Przerażona jestem, jak sobie pomyślę, że naprawdę na świecie są tacy faceci jak Leonard, a jeszcze że mogłam mieć z takim do czynienia… brrr..

Myślę jednak, ze autorce nie chodziło tylko o opisanie historii, raczej chce skłonić czytelnika do głębszej refleksji, uważniejszej obserwacji. Wreszcie – może trochę przestrzec? W sumie cieszę się, że nie wpadłam na tą książkę przed zamążpójściem, bo można się nieźle przestraszyć Jak już pisałam, moja teściowa jest wspaniała, ale aż mi skóra cierpnie jak sobie pomyślę, że mogłaby być Matką-Cykadą.

Tak czy inaczej, zachęcam do lektury – mężczyzn, żeby wiedzieli czego absolutnie NIE robić, dziewczyny, żeby widziały od jakich mężczyzn uciekać w podskokach, matki, żeby miały świadomość jakich synów NIE wychować oraz teściowe, żeby przemyślały czy w czymś nie przypominają cykad



Dodaj artykuł za darmo