„Tequila” Krzysztof Varga

Książka, którą czytałam – jak rzadko którą i rzadko kiedy – kilka razy. Cienizna licząca zaledwie 120 stron, naszpikowana trafionymi w punkt przemyśleniami autora mówiącego głosem lidera grupy, który maszeruje w orszaku pogrzebowym swojego perkusisty dźwigając jego trumnę.

Nie jest to jednak monolog pogrążonego w żałobie kolegi – wręcz przeciwnie – niejednego zaskoczyłby ton w jakim się wypowiada:

Jezu, jaki on ciężki, tłusty skurwysyn, zawsze tyle żarł, jak można tyle żreć i umrzeć z innego powodu niż przeżarcie? Jak w ogóle można tyle ważyć i potem zmuszać ludzi, żeby to cielsko nieśli?

Już słyszę te głosy oburzenia, ale hola, dajcie szansę autorowi. Książka jest naszpikowana przekleństwami, jest również utrzymana w podobnym tonie jak w cytacie powyżej, i cóż, jeśli to kogoś obraża, niech odpuści lekturę. Myślę też, że po części dość niska ocena na LC jest spowodowana językiem i bolesną wręcz szczerością. Ze swojej strony chciałabym tylko powiedzieć, dlaczego moja książka po kolejnym czytaniu wygląda tak:

Czym jest w ogóle „Teqiula”?

Ta z pozoru niepoważna książka jest w istocie bardzo poważna. Można ją określić mianem „prozy funeralnej”: tragikomiczny monolog narratora rozbrzmiewa na cmentarzu nad niesioną przez niego trumną przyjaciela, a zarazem perkusisty zespołu, którego jest liderem. Jest to monolog o przyjaźni, muzyce, współczesnym świecie i – jak zwykle u Krzysztofa Vargi – przemijaniu i śmierci. Varga jest mistrzem w portretowaniu naszych zwariowanych czasów, z ich dziwactwami i głębokimi lękami. Tequila została książką-finalistką Nagrody Literackiej NIKE 2002; adaptację teatralną Tequili wystawił Teatr Wybrzeże – premiera odbyła się w czerwcu 2003 roku.

Cytat ze strony wydawnictwa Czarne

No cóż – lepiej bym tego nie ujęła. Nie jest to książka o pogrążonym w smutku kumplu – lektura ta, to tak na prawdę głównie liczne dygresje dotyczące życia bandu. Wątek główny to nie pogrzeb, raczej zespół i związane z jego istnieniem sytuacje opisane w sposób ironiczny, co daje solidny kontrast w zestawieniu z cmentarzem i całą pogrzebową atmosferą, która powinna temu wydarzeniu towarzyszyć. Frontman niesie trumnę, obserwuje żałobników i myśli nad tym co przeżył. Skojarzenia i sytuacje są ze sobą bardzo luźno powiązane.

…często jest tak, że bramkarze wpuszczają jakieś znajome sziksy, pewnie nie za darmo. Te to się tłoczą i kombinują, jak tu się do idoli dopchać. Zazwyczaj czym głupsze, tym bardziej się pchają. Więc te, które się dopchną, są najgłupsze. I w dodatku nie najładniejsze.

Mój egzemplarz, przeszedł bardzo długą drogę wiodącą przez kilkanaście rąk co najmniej. Sama do końca nie wiem przez ile, bo jak trafiła do mojego młodszego brata, tak żyła własnym życiem wędrując po jego kolegach, aż po jakimś roku wróciła do mnie. Taki trochę Book Tour tylko lokalny, bez użycia poczty innej niż pantoflowa ?? Miała ją także moja koleżanka. Mamie nie proponowałam, bo ilość przekleństw przekracza granice jej tolerancji. Niektórych może gorszyć styl pisarski autora – faktycznie przekleństw jest mnóstwo, dodatkowo autor jest szczery do bólu, na nikim, kto zasłużył nie zostawia suchej nitki. Trzeba też dodać, że jest wiele słów angielskojęzycznych napisanych w „ponglish” czyli fonetycznie, co niektórym może trochę utrudniać czytanie:

Na tej kolacji klimat by właśnie taki jak w niektórych trendy knajpach, gdzie przychodzi maksymalna szpanerka, wszyscy obrendowani, gdzie byłeś, co piłeś, kogo waliłeś. I na tę nutę: wiesz, właśnie wróciłem z Kuby, coś niesamowitego, chciałbym tam mieszkać, ach, kubańska muzyka, błenawista, ale pałer, co za radość życia, jacy piękni ludzie, naprawdę czułam się tam taka wolna. A ja jadę na Szeszele, wyrwać się stąd, jestem przepracowana, ostatnio zrobiłam pięć dużych projektów. No, macie bosko, bo ja muszę kończyć mój scenariusz(…) Takie towarzycho tam przychodzi. Wszyscy się nadają do bakutilu, wejść i wypruć w nich cały magazynek z kałacha.

Nie chcę Was namawiać na siłę do czytania tej pozycji, bo to nie jest lektura dla wszystkich. Celowo zamieszczam wiele cytatów, bo oprócz tego, że spostrzeżenia autora są celne, to warto wziąć pod uwagę, że nie każdemu podejdzie ta forma zapisu – mnie podchodzi.

Wszyscy kompletnie poświrowali z tymi burakofonami, gdzie się nie ruszyć stoją goście i dzwonią, wysyłają sobie esemesy, odbierają telefony, gdzie jesteś, no jadę do ciebie, zaraz będę, a Mariola będzie, dobrze, i zadzwoń do Stefana(…) I taka gadka bez przerwy. Wchodzisz na imprę i widzisz, jak pięć osób stoi w kółku, każdy ze swoim burakiem, zacięte miny i pstrykają w klawisze. To jet po prostu pojebane.

Bogaci ludzie nie rozmawiają o kasie. O szmalcu gadają ci, którzy go nie mają, a chcieliby mieć, albo mają tylko trochę, ale ciągle im brakuje, żeby naprawdę poczuć, że mają.

Ujmuje mnie ta brutalna prawda o nas, o kraju, o innych ludziach. Podoba mi się sposób, w jaki autor radzi sobie z ukazaniem czasem naprawdę absurdalnych sytuacji, rzeczy i miejsc w jakich się znajdujemy, nie raz z własnej woli.

Ze szkoły zapamiętałem same idiotyczne rzeczy, o granatnikach, o tym, że jak pierodolnie atomówka, to się trzeba położyć pod oknem, tylko już nie pamiętam, w którą stronę trzeba mieć głowę.

Podsumowując: lekturę polecam, ale ludziom, którzy nie boją się prawdy mówionej wprost, bez ogródek i których nie razi tzw „plugawy język” :) Sami widzicie jak wygląda mój egzemplarz: podniszczony ale przede wszystkim zafiszkowany na amen :)