„Warszawski niebotyk” – Maria Paszyńska

Nareszcie jest! Tak długo zbierałam się do napisania tej recenzji, że aż głupio mi się do tego przyznać. Na swoją obronę mam jedynie to, że – tak jak pisałam na fanpage – książka jest szczególna. Nie tylko, ze względu na akcję Book Tour ale przede wszystkim ze względu na wyjątkowość jej treści. Musicie mi uwierzyć na słowo, że starałam się ze wszystkich sił być obiektywna.

Dość wstępu – czas rozebrać „Warszawski niebotyk” na części pierwsze! ??

Zacznijmy od początku. Na pierwszy rzut idzie okładka. Ten kto wpada na mojego bloga wie, że często jest to rzecz, na którą zwracam uwagę i że często te oględziny nie wypadają dobrze. W przypadku książki „Warszawski niebotyk” trudno się przyczepić. Na pierwszym planie mamy młodego mężczyznę – prawdopodobnie jest to Jan, w tle zaś tytułowy niebotyk, czyli budynek Prudentialu. Jedyna niejasna dla mnie rzecz to papieros, którego pali mężczyzna – z tego co wiem, wszyscy opisywani mężczyźni wywodzący się z dobrych domów nie palili. Jest to jednak szczegół, którego nie zamierzam się czepiać (bo kto ich tam wie ?? ).

Idźmy dalej – narracja. Narracja, moi drodzy, jest poprowadzona mistrzowsko! Bardzo płynnie przechodzi pomiędzy bohaterami, dokładnie pokazując ich myśli i uczucia. Autorka nie gubi się, wyraźnie oddziela sposób myślenia, emocje i reakcje na daną sytuację patrząc z perspektywy kobiety i mężczyzny. Nawet przy spotkaniu bliźniaczek z ich kandydatami na narzeczonych i z ich ojcami (no, powiedzmy, ze z ojcami – ko czytał, ten wie ?? ) i ciotką dziewczyn autorka poradziła sobie doskonale, mimo wielu osób i mnogości bardzo różnych poglądów.

Sami bohaterowie to też istne dzieło sztuki. Kilka postaci głównych, kilka pobocznych a wszyscy wspaniali. Muszę wspomnieć w tym miejscu o czasach, w jakich bohaterowie zostali umiejscowieni – są to lata trzydzieste dwudziestego wieku. Młodzi ludzie więc, są wychowani w nieco już zapomniany przez nas sposób, według tak zwanej kindersztuby, albo – jak kto woli – „starej szkoły”. Powoduje to, że przenosimy się do świata, w którym „honor droższy od pieniędzy”, nienaganne maniery, a ludzie – nawet Ci młodzi – mają silnie wpojone zasady życia w społeczeństwie.

Główny wątek, to…. miłość (najogólniej rzecz ujmując). A o miłości autorka potrafi pisać naprawdę pięknie i niezwykle mądrze.

Miłość nie jest samą słodyczą. Właściwie sprawia więcej bólu niż radości.

Miłość z całym jej wdziękiem, wreszcie z całym cierpieniem, które jest jej nieodłącznym elementem, to najpiękniejsza rzecz, jakiej możemy jako ludzie doświadczyć. Nic piękniejszego nie możemy przeżyć. Musisz za tę miłość dziękować. Dzięki niej z jednej strony tu, na ziemi, doświadczyłeś nieba, a z drugiej bólu człowieczeństwa.

Pomyślicie: „aha..! Czyli to romans”! Nic bardziej mylnego! To opowieść o starych, dobrych czasach, o wspaniałych ludziach i pięknych uczuciach. Historii miłosnych mamy kilka, ale wszystkie są skupione wkoło mężczyzn i to powoduje, że wydarzenia widzimy głównie z ich perspektywy a co za tym idzie nie ma typowo „babskich” rozterek, co lekturę uatrakcyjnia ;). Jestem pełna podziwu dla autorki za umiejętność wczucia się tak dokładnie, tak bezbłędnie w emocje bohaterów. Bardzo duży plus za zakończenie – to nie historia miłosna w typie „i żyli długo i szczęśliwie”. Więcej niestety zdradzić nie mogę (to dla Waszego dobra).

W książce znajdziemy też przepiękne opisy Warszawy tamtych lat, czytając możemy też całkiem porządnie wzbogacić swoje słownictwo. Powieść ta, pełna jest też głębokich przemyśleń przedstawionych normalnym, nie nazbyt pompatycznym językiem.

(…) rodzimy się zwierzętami obdarzonymi umysłem, wolą i duszą. Człowiekiem musisz się dopiero stać. Opierając się, buntując, nie zgadzając. Zderzając się z decyzjami innych. Wtedy pomału, mozolnie dowiadujesz się, kim jesteś, a raczej kim się stajesz.

Książkę czyta się nieśpiesznie, śmiało stwierdzam, że raczej delektując się niż „łykając” w jeden wieczór. Z żalem rozstawałam się z nią na czas snu, czy pracy. W każdej wolnej chwili zaś chwytałam za nią przenosząc się w inny świat, w inne czasy…

Podsumowując, mogę jedynie zacytować pana Antoniego:

Uwielbiam tę książkę. Nieodmiennie zadziwia mnie to, jak można zawrzeć tyle mądrości na tak niewielu kartach.

Bardzo chciałabym się do czegoś przyczepić. Naprawdę. Nie dlatego, że taki mam charakter, chciałam po prostu, żeby moja recenzja nie wypadła tak cukierkowo, bo będzie sprawiać wrażenie mocno subiektywnej, no ale nie da się!

Bo do czego się tu przyczepić? Do narracji? Rewelacyjna, płynnie przechodząca między poszczególnymi uczestnikami scen. Do samych postaci? Mają tak różnorodne charaktery, poglądy i uczucia, że o monotonii nie może być mowy. Do miłości? Mój Boże! Mamy jej wszystkie odcienie i rodzaje. Do happy endu? Nic z tego, taki nie istnieje, a przynajmniej nie dla wszystkich bohaterów. To może chociaż do miejsca? W końcu za stolicą nie przepadam… No niestety, mistrzowskie umiejscowienie akcji w latach trzydziestych pokazuje nam zupełnie inną Warszawę niż tą, którą znamy. W takim razie, coś co działa zawsze – styl pisarski czy tzw. „język” autorki albo chociaż opisy? Nic z tego. Styl pisarski jest wprost niesamowity, a opisy, szczególnie te dotyczące cukierni, przywodzą na myśl „Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza. I ten piękny język! Naprawdę można sobie wzbogacić słownictwo po lekturze tej książki, a także rozwinąć wyobraźnię, a wszystko to, dzieje się tak naturalnie, że nawet nie poczujecie.

Sami widzicie – próbowałam. Jednak ta książka wymyka się wszelkim stereotypom i „szufladkom”.